Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lutego 2016

TFCH2016: Sakiewki z mięsem

Pierwszy raz spróbowałam tego dania w Warszawie w gruzińskiej restauracji. Byłam wtedy na 3 roku studiów i poszłam tam z moją współlokatorką. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się bardzo czasochłonne i trudne do przygotowania w domu. Teraz jednak pozbyłam się tego wrażenia i mam wrażenie, że częściej będzie gościć na moim stole.

Przepis pochodzi z magicznyskladnik.pl.

Chinkali

Składniki:
3 szklanki mąki
3/4 szkl. wody
300 g mielonej wieprzowiny
300 g mielonej wołowiny
1 szklanka bulionu mięsnego
1 ząbek czosnku
2 łyżeczki mielonej kolendry
świeża kolendra
Sól, pieprz

Przygotowanie:
Mieszamy oba typy mięsa ze sobą, dodajemy drobno posiekany czosnek, mieloną i świeżą kolendrę, sól i pieprz. Samo mięso nie wystarczy, by wytworzyć wystarczającą ilość płynu wewnątrz chinkali, dlatego dolewamy do niego około szklanki bulionu. Może być też woda, lecz wtedy musimy  mocniej doprawić mięso.
Do mąki wsypujemy trochę soli i wlewamy wodę. Zagniatamy ciasto jak na pierogi. Następnie ciasto rozwałkowujemy na trochę większą grubość niż na tradycyjne pierogi.
Wycinamy ok. 10 cm krążki. Na środek ciasta nakładamy ok. łyżkę nadzienia. Teraz zawijamy ciasto na swoiste zakładki do góry. Zakładek powinno być ok. 10-15. Ciasto na górze formujemy w "stożek" za który będzie wygodnie złapać.
Gotujemy w osolonej wodzie 3 minuty od chwili wypłynięcia na powierzchnię. 

SMACZNEGO

niedziela, 7 czerwca 2015

Z widelcem po Europie

Relacja miała być wczoraj wieczorem, ale przyznam szczerze, że w taką pogodę wolałam wybrać się na spacer z mężem, niż siedzieć przed komputerem. Dlatego też zamieszczam ją dziś ;). Mam nadzieję, że nie będziecie mieli mi tego za złe.
W zeszłym roku nie udało mi się spróbować żadnej z potraw, jednak tym razem miałam okazję skosztować 12/39 serwowanych dań. Dzięki czemu "odwiedziłam" 10 krajów Europy. Ale zacznijmy od początku, czyli parady kucharzy. Nie jest ona może zbyt zauważalna, ale wg mnie stanowi element, który pozwala gościom biesiady na poznanie ludzi, którzy zazwyczaj ukrywają się w kuchni. Kiedy jem w restauracji, to poza samym daniem interesuje mnie najbardziej to, kto je przygotował. Tu mogę tego doświadczyć i zobaczyć ludzi, którzy gotują w moich ulubionych miejscach. 
Jeśli chodzi o same dania to rozpoczęłam moją "wyprawę" od Walii (Anglia). Chyba była to najdłuższa kolejka spośród wszystkich stanowisk. Co serwowano? Burgera z jagnięciną i zupę z sera Cheddar. Obie potrawy były pyszne, jagnięcina w burgerze odpowiednio wysmażona, a zupa miała na prawdę kremową konsystencję. Z wysp udałam się na Zagorje i Kvarner (Chorwacja) by spróbować risotto z krewetkami. Aromatyczne risotto, które praktycznie rozpływało się w ustach, miałam ochotę jeść tylko to :). Po rozpływaniu się nad kuchnią chorwacką przeniosłam się do Galicji (Hiszpania), by skosztować gulaszu. Gulasz zawsze kojarzył mi się z dość ciężką potrawą, podawaną z kaszą lub kluskami, a tu miłe zaskoczenie. Lekkie, ale sycące danie z wieprzowina i owocami morza. Wracając do Europy Środkowej udałam się do Moraw (Czech) na przepyszną zupę czosnkową - nie będę ukrywać, że jestem wielką fanką tego dania. A że kolejną moją miłością są sery to skierowałam się do Gryzonii (Szwajcaria), a tam nacieszyłam podniebienie świetnym fondue. 
Dobra uczta musi zakończyć się wyśmienitym deserem. Na początek coś na ciepło czyli Sardynia (Włochy) i seadas, czyli smażony pierożek z serem owczym na słodko. Chrupiący i trochę przypominający w smaku faworki. Następnie powrót do kuchni szwajcarskiej i deser czekoladowy z truskawkami (nikt nie oprze się takiemu połączeniu). Nie mogłoby się obyć bez mojego ulubionego deseru, czyli creme brulee z Normandii (Francja), podanego z calvadosem. Po sąsiedzku odwiedziłam Westfalię (Niemcy), by spróbować 'Westfalische quarkspeise' czyli deseru przypominającego odrobinę sernik z wiśniami. A że pogoda dopisała ponad miarę to zakończyłam ucztę dwoma odświeżającymi daniami. Pierwsze to sałatka z serem feta i arbuzem z greckiej Krety, a drugie to cypryjski sorbet cytrynowy z sosem z owocu granatu.
Poza pysznymi daniami można też było porozmawiać o gotowaniu z przedstawicielami pisma "KOCIOŁ" oraz zapozować do szalonych zdjęć w fotobudce. Zainteresowani mogli podziwiać pokazy wypieku chleba lub wziąć udział w równoległej części festiwalu w Browarze Mieszczańskim. Ja na pewno wybiorę się skosztować nowych dań również za rok.

środa, 28 maja 2014

Najcudowniejsze wspomnienie z Belgii

Moje najlepsze wspomnienie z pobytu w Brukseli to oczywiście zapach gofrów unoszący się na każdej ulicy. Dziś wzięło mnie na wspomnienia i oto dla was (przetłumaczony z francuskiego) przepis na te cudowne słodkości.

Gofry belgijskie


Składniki:
750 g mąki 
270g ciepłego mleka 
70g świeżych drożdży (lub 30 g suchych drożdży) 
3 całe jajka
2 żółtka
szczypta soli 
1/2 łyżeczki cukru waniliowego 
400g miękkiego masła (lub margaryny) 
500g cukru perlistego lub kandyzowanego


Przygotowanie:
W misce mieszamy wszystkie składniki z wyjątkiem masła i cukru. Następnie odstawiamy je na 30 minut. 
Po tym czasie dodajemy cukier, a później ręcznie wgniatamy masło. Gotowe ciasto dzielimy na kawałki - ok. 75 g na 1. Po 15 minutach można zacząć smażyć gofry. 
Każdą kulkę ciasta wkładamy do gofrownicy na około 2-3 minut. (Nie ma potrzeby wcześniejszego smarowania tłuszczem gofrownicy ze względu na masło.) 
Nie naciskamy zbytnio na gofrownicę, bo gofry nie urosną odpowiednio. Po przygotowaniu możemy je podawać z owocami, nutellą, bitą śmietaną lub cukrem pudrem.


SMACZNEGO!

wtorek, 18 grudnia 2012

Na walizkach - Bruksela

Tajemnica się wyjaśnia... dlaczego tak długo na blogu nie pojawił się żaden nowy przepis? Bo byłam dwa miesiące w Brukseli bez swojej ukochanej kuchni. Jednak (na szczęście) brak kuchni nie odciął mnie od dobrego jedzenia. A zaraz po powrocie udałam się na warsztaty kulinarne, by gotować cały dzień (przepisy już niedługo :) ). 
Co ciekawego spotkało mnie w Belgii? Przepyszne jedzenie. Mnóstwo frytek, czekolady i gofrów. Bruksela to po prostu miasto, które pachnie goframi z czekoladą. Nic więcej nie chce się tam jeść. 
Zacznijmy od początku. Moje ulubione gofry, od których się chyba uzależniłam :D... Pyszne zarówno "na sucho" jak i z dodatkami. Odkryłam też takie cudo jak gofry lunchowe z kurczakiem, serem, sosami zapiekanymi wewnątrz (takie gofrowe tosty :D). Jednak to nie to samo co możemy spotkać u nas. Gofry belgijskie wyrabiane są z ciasta drożdżowego i są bardzo słodkie. Po upieczeniu pojawiają się w nich grudki cukru. Ich zapach przyciąga już z daleka, a można je kupić chyba na każdym rogu dzięki "gofrobusom". Ja mogę polecić WAFFLE factory, które mija się idąc do jednej z największych atrakcji Brukseli, czyli fontanny z figurką Manneken Pisa. Mamy tu do wyboru gofry tradycyjne (jakie znamy z Polski), typowe belgijskie gofry drożdżowe i "tosto-gofry". Szczególnie ta ostatnia forma bardzo mi się spodobała, ponieważ była bardzo sycąca i w ciągu dnia można było zjeść na prawdę treściwy posiłek na ciepło. 


Kolejnym cudem Belgii są frytki. Po prostu przepyszne, chrupiące, odpowiednio grube polane pysznym sosem. Nic tylko zasiąść do rożka pełnego smażonych ziemniaczanych paluszków i się delektować. Te najlepsze - możliwe nawet, że na świecie - są na placu Jourden. Maison Atoine sprzedaje swoje frytki już od prawie 60-ciu lat i zawsze stoją tam kolejki, niezależnie od pogody. Do wyboru jest około 20 sosów. A jeśli nie mamy ochoty na frytki to możemy wybrać inny smakołyk smażony w głębokim oleju.


Możemy też powiedzieć, że Bruksela "czekoladą stoi" :D. Na każdej ulicy znajdziemy kilka, jak nie kilkanaście sklepów oferujących najróżniejsze czekoladki i pralinki. Jeśli lubimy te bardziej wykwintne możemy zajrzeć do markowych salonów z wieloletnią tradycją wyrabiania czekolady, a jeśli nie mamy zbyt wygórowanych wymagań to zadowolimy się ofertą masową, która jest równie dobra. Warto rozejrzeć się za  miejscami, gdzie przed kupieniem możemy skosztować lokalnych wyrobów. Zachwycają kształty, kolory i smaki. Możemy sami skomponować smaki w kupionym pudełeczku lub zdać się na doświadczenie personelu, który sam wybiera czekoladki do paczuszek. Można powiedzieć, że osobiście zapałałam wielką miłością do firmy Leonidas, która z tych firmowych jest najtańsza, ale też moim zdaniem najlepsza.
Na koniec coś czego na początku bałam się spróbować - mule. Choć mogłoby się wydawać, że skoro Bruksela nie leży nad samym morzem to mule będą tu jednym z droższych dań. Jednak są dostępne w każdej knajpce i restauracji oferujące dania typowo belgijskie, w dodatku w zestawie z lokalnym piwem i oczywiście frytkami. Możemy je jeść w przeróżnej formie, zapiekane z serem, klasyczne, w białym winie, z czosnkiem... i wiele wiele innych. Genialny przepis na udane wyjście ze znajomymi to właśnie kolacja złożona z takiego zestawu. Wszystkim, którzy mają w planach odwiedzić tę europejską stolicę polecam wizytę w Chez Leon. Mają tam na prawdę ogromny wybór owoców morza w przystępnych cenach. 


Przed wyjazdem z Brukseli należy sprawdzić czy na pewno spróbowało się wszystkiego. Mi się udało. I z czystym sumieniem wszystko mogę polecić i zachęcić do wyjazdów. 

poniedziałek, 5 listopada 2012

Wspomnienia z wakacji - ukochane Pieniny :D

Kiedy za oknem zimno i wieje naszło mnie na wspomnienia wspaniałych chwil spędzonych w pełnym słoneczku w pięknych polskich górach. Co prawda nie umilałam sobie tego czasu wspinaniem się na co to wyższe wzniesienia tylko chciałam znaleźć moje smaki z Pienin. Jak można zauważyć, udało się :). Mogę z czystym sumieniem zaprezentować kilka rzeczy, które będą zawsze kojarzyć mi się z rwącym Dunajcem w cieniu Trzech Koron i Sokolicy. 
Na pierwszy rzut coś orzeźwiającego dla osób, które lubią kwaśne smaki. Soki z "Tłoczni Maurera". Są one wytwarzane naturalnie, bez konserwantów i barwników z jabłek i innych owoców. Przepysznie kwaśne i w dodatku urzekają opakowaniem. Wiadomo, cena jest odpowiednia do tego, że soki są najwyższej jakości, ale warto :). Dostępne są w małych, poręcznych (szklanych) buteleczkach, a nawet w 5-cio litrowych kartonach z montowanymi kranikami. Pół wakacji miałam okazję się nimi raczyć. I mogę z czystym sumieniem je polecić. Tym bardziej, że skład na opakowaniu przedstawia się następująco: w około 50% z jabłek i 50% innych owoców. Dostępne w 23 smakach, więc każdy znajdzie coś dla siebie. 
Teraz przyszedł czas na danie główne. Kiedy myślę o jedzeniu w górach to wiadomo, na pierwszym miejscu pojawia się oscypek lub bryndza... a jakie jest kolejne skojarzenie? Dla mnie to pstrąg. A najlepiej taki pieczony lub z grilla, jeszcze ciepły z cytrynką i masełkiem. Natomiast szczytem rozkoszy jest go jeść w miłym towarzystwie nad brzegiem Dunajca, przy powoli zachodzącym słońcu. Dlatego przedstawiam bohatera mojego pobytu w Pieninach - PSTRĄGA z grilla. Chyba nic tak nie ucieszyło mojej buzi jaki widok takiego cuda na talerzu. Niedoceniona, pyszna rybka doczekała się nawet własnej kampanii reklamowej w czasie tegorocznych wakacji... Pamiętacie hasło Teraz Pstrąg?
No, ale posiłek nie może zakończyć się bez deseru :D. Dlatego przedstawiam wam najlepsze w Polsce, a może nawet i na świecie lody. Oczywiście najlepsze są dlatego, że produkowane tradycyjnymi metodami, co wiąże się z tym, że można je kupić tylko w czterech miejscach. Mianowicie punkt sprzedaży "U Marysi" znajdziemy w Krościenku nad Dunajcem i w Krakowie (lody dowożone są tam codziennie rano z Krościenka). Porównywalnie dobre lody znajdziemy w Szczawnicy ("Jacak"). Jest to prawdziwa rozkosz, szczególnie po zejściu ze szlaku. Lody sprzedawane są na wagę i prawie codziennie w innych smakach. Jednak spokojnie, jeśli jakiś polubimy, to na pewno uda nam się ich posmakować częściej niż tylko raz w miesiącu. Najfajniejsze jest to, że w wybranej przez nas wadze lodów możemy zmieścić tyle smaków ile nam się podoba :D. Wszystkie są pyszne, z kawałkami owoców, których smak czuć bardzo wyraźnie. 
Dlatego już teraz zapraszam wszystkich nad rwący Dunajec do Krościenka i Szczawnicy. Niema chyba nic bardziej magicznego niż zachód słońca w Pieninach.